Różnorodność kultur 2 страница

To jest istotne, a fakt, że różnorodność kultury najlepiej rozważać w aspekcie przestrzennym, ożywia naszą bez-namiętność. Jednakże fakt, że materiał historyczny, jakim rozporządzamy, jest ograniczony, uniemożliwia przytaczanie przykładów z następstwa kultur w czasie. Gdybyśmy nawet chcieli, nie moglibyśmy pominąć tego następstwa, a jeśli cofniemy się choćby o jedno pokolenie, zdamy sobie sprawę z tego, w jakim stopniu uległo rewizji nasze najbardziej niekiedy intymne zachowanie. Jak dotąd rewizji tego rodzaju dokonywano na ślepo - byty one rezultatem okoliczności, które możemy przedstawić tylko drogą retrospekcji. Pomi­nąwszy naszą niechęć do stawiania czoła zmianom kulturo­wym zachodzącym w dziedzinie spraw intymnych - póki nie zostaną nam narzucone - nie byłoby niemożliwe przyjęcie wobec nich postawy bardziej inteligentnej i bardziej bezpo­średniej. Nasz opór jest w dużej mierze rezultatem nie­zrozumienia konwencji kulturowych, a zwłaszcza przecenia­nia tych konwencji, które przypadkiem przyjął nasz naród czy dziesięciolecie, w którym żyjemy. Choćby niewielka znajomość innych konwencji i wiedza o ich możliwych odmianach przyczyniłyby się w dużym stopniu do rozwoju racjonalnego porządku społecznego.

Badanie różnych kultur ma jeszcze inny, istotny wpływ na dzisiejszą myśl i zachowanie. Współczesna rzeczywistość zmusiła wiele cywilizacji do nawiązania ścisłego kontaktu i w chwili obecnej dominującą reakcją na tę sytuację stały się nacjonalizm i snobizm rasowy. Nie było epoki, w której cywilizacja bardziej potrzebowałaby jednostek prawdziwie świadomych swojej kultury i mających zdolność obiektyw­nego, pozbawionego obaw i rekryminacji widzenia uwarun­kowanego społecznie zachowania innych ludów.

Pogarda w stosunku do obcych nie jest jedynym możliwym rozwiązaniem problemów wynikających z obecnych kontaktów ras i narodowości. Nie jest nawet rozwiązaniem mającym podstawy naukowe. Tradycyjna nietolerancja anglosaska jest cechą kulturową - jak każda inna - lokalną i ograniczoną w czasie. Nawet naród tak homogeniczny rasowo i kulturowo jak Hiszpanie nie posiadał tej cechy, a uprzedzenia rasowe w krajach skolonizowanych przez Hiszpanów mają charakter całkowicie różny od uprzedzeń rasowych w krajach opanowa­nych przez Anglię i Stany Zjednoczone. W tym ostatnim wypadku nie chodzi oczywiście o nietolerancję skierowaną przeciwko mieszaniu krwi ras bardzo różniących się pochodze­niem biologicznym, wybuchająca bowiem co jakiś czas niechęć skierowana jest zarówno przeciwko katolickim Irlandczykom w Bostonie czy Włochom w fabrycznych miastach Nowej Anglii, jak przeciwko Chińczykom i Japończykom w Kalifor­nii. Jest to stare rozróżnienie między ludźmi „z grupy" i ludźmi spoza niej, i jeśli podtrzymujemy tę odwieczną tradycję w tej dziedzinie, to mamy na nasze usprawiedliwienie o wiele mniej niż dzikie plemiona. Podróżowaliśmy po świecie, szczycimy się naszym wyrafinowaniem. Ale nie zdołaliśmy pojąć względności nawyków kulturowych i pozbawieni jesteś­my korzyści i satysfakcji, jakie przyniosłyby nam stosunki z innymi ludami o innych typach kultury niż nasza.

Uznanie uprzedzeń rasowych za zasadę wynikającą z kul­tury - to rozpaczliwa potrzeba współczesnej cywilizacji zachodniej. Dotarliśmy do punktu, w którym Anglosasi żywią uprzedzenia rasowe wobec Irlandczyków, a Nor­wegowie i Szwedzi mówią także o wzajemnej wrogości, jak gdyby posiadali różną krew. W czasie wojny, w której Francja i Niemcy walczyły po przeciwnych stronach, uważa­no, że tak zwana granica rasowa oddzielała lud Badenii od ludu Alzacji, chociaż pod względem fizycznym oba należą do alpejskiej podrasy. W epoce swobodnego ruchu ludności i małżeństw mieszanych, od dawna najbardziej pożądanych elementów w życiu społecznym, ośmielamy się głosić ewan­gelię czystej rasy.

Na to antropologia znajduje dwie odpowiedzi. Pierwsza dotyczy istoty kultury, druga - istoty dziedziczenia. Od­powiedź dotycząca istoty kultury cofa nas do społeczeństw, które istniały jeszcze przed powstaniem społeczeństwa ludzkiego. Istnieją społeczeństwa, w których natura, z po­mocą mechanizmów biologicznych, utrwala nawet najbar­dziej nieznaczne sposoby zachowania, nie są to jednak społeczeństwa ludzi, lecz owadów. Królowa mrówek, prze­niesiona do samotnego gniazda, odtworzy każdą fazę zachowania seksualnego, każdy szczegół życia zorganizowa­nego mrowiska. Owady żyjące społecznie reprezentują to stadium natury, kiedy nie podejmowała ona żadnego ryzyka. Wzorzec całej struktury społecznej był zawarty w instynk­townym zachowaniu mrówek. Nie ma większych szans, że klasy w społeczeństwie mrówek czy właściwe mu sposoby zdobywania żywności zanikną skutkiem odizolowania jakiejś mrówki od jej grupy, niż na to, że tej mrówce nie uda się odtworzyć kształtu własnych czułków lub budowy odwłoka.

Po lepsze lub gorsze rozwiązanie tego problemu należy się zwrócić w zupełnie odwrotnym kierunku. Żadna cecha społecznej organizacji plemiennej, języka czy religii nie jest zawarta w komórkach rozrodczych człowieka. Kiedy od czasu do czasu znajdowano w Europie w minionych stule­ciach porzucone dzieci, które wychowały się w lasach z dala od ludzi, stwierdzono tak duże między nimi podobieństwo, że Linneusz sklasyfikował je jako odrębny gatunek, homo ferus, i przypuszczał, że był to rodzaj gnomów rzadko spotykanych przez człowieka. Nie mógł pojąć, że te półgłówkowate bydlątka urodziły się ludźmi; nie mogło mu się to pomieścić w głowie, kiedy widział te stworzenia nie interesujące się niczym, co działo się wokoło nich, kołyszące się rytmicznie w przód i w tył jak jakieś dzikie zwierzęta w Zoo, stworzenia obdarzone organami mowy i słuchu wyszkolonymi tylko na tyle, że zaledwie przynosiły im jakiś pożytek, stworzenia, które znosiły mroźną pogodę odziane jedynie w łachmany i wyciągały ziemniaki z gotującej się wody nie wyrządzając sobie krzywdy. Oczywiście nie ulega wątpliwości, że były to dzieci porzucone w niemowlęctwie, a czego im brakowało, to towarzystwa istot własnego rodzaju - jedynego, które wyostrza zdolności człowieka i nadaje im właściwą formę[1].

W naszej, bardziej humanitarnej cywilizacji nie spotykamy już dzikich dzieci. Ale każdy przypadek adoptowania dziecka przez ludzi innej rasy i kultury dowodzi powyższej tezy z równą jasnością. Dziecko urodzone na Wschodzie, za­adoptowane przez rodzinę z Zachodu, uczy się angielskiego, przejawia wobec swych przybranych rodziców postawę właściwą dzieciom, z którymi się bawi, i dorósłszy obiera zawód swoich rodziców. Drogą uczenia przyswaja sobie cały zespół cech kulturowych właściwych społeczeństwu, które je przyjęło, podczas gdy zespół cech charakterystyczny dla grupy jego rzeczywistych rodziców nie odgrywa tu żadnej roli. Ten sam proces na większą skalę zachodzi w przypadku, kiedy cale ludy w ciągu kilku pokoleń porzucają swą tradycyjną kulturę i przyjmują zwyczaje grupy obcej. Kultura Murzynów w miastach północnej części Stanów Zjednoczo­nych zaczyna upodabniać się w szczegółach do kultury białych mieszkańców tych miast. Kilka lat temu, kiedy przeprowadzono w Harlemie badanie surveyowe, stwier­dzono, że jedną z cech właściwą Murzynom była panująca wśród nich moda hazardu polegającego na zgadywaniu ostatnich trzech cyfr obrotu giełdowego na następny dzień. Pociągało to przynajmniej za sobą mniejsze koszty niż upodobania białych do bezpośredniego grania na giełdzie, choć było nie mniej niepewne i podniecające. Stanowiło odmianę wzoru postępowania białych, choć nie odbiegało od niego w zbyt wielkim stopniu. Większość cech właściwych mieszkańcom Harlemu jest jeszcze bliższa formom po­wszechnie panującym w grupach białych.

Można wykazać, że na całym świecie od początku jego dziejów istniały ludy, które były w stanie przyjąć kulturę ludów innej krwi. Biologiczna struktura człowieka nie utrudnia tego w najmniejszym stopniu. Budowa nie zobo­wiązuje go ściśle do jakiejś szczególnej odmiany zachowania. Wielka różnorodność rozwiązań społecznych, które człowiek wypracował w różnych kulturach w odniesieniu na przykład do małżeństwa czy handlu, jest równie możliwa dzięki jego wrodzonym zdolnościom. Kultura nie jest kompleksem zjawisk przekazywanym biologicznie.

To, co zostaje utracone z dawanej przez naturę gwarancji bezpieczeństwa, wynagradzają korzyści płynące z większej plastyczności. Istota ludzka nie porasta, jak niedźwiedź, futrem polarnym, by po wielu pokoleniach przystosować się do warunków arktycznych. Natomiast uczy się szyć sobie odzienie i budować domki ze śniegu. Opierając się na tym wszystkim, co wiemy o dziejach inteligencji w społeczeńst­wach ludzkich i w tych, które istniały, zanim pojawił się człowiek, można powiedzieć, że ta plastyczność była glebą, z której wyrósł postęp człowieka i dzięki której się utrzymy­wał. W epoce mamutów pojawiały się kolejno gatunki pozbawione tej plastyczności, dochodziły do kresu moż­liwości rozwojowych i wymierały, zniszczone przez rozwój tych samych cech, biologicznie wytworzonych po to, by dać sobie radę w swym środowisku. Drapieżne zwierzęta i wresz­cie małpy wyższego rzędu zaczęły powoli opierać się na innych niż biologiczne sposobach adaptacji i tak, stopniowo, dzięki wynikłej stąd wzmożonej plastyczności, zawiązały się podstawy dla rozwoju inteligencji. Być może, jak to się często przypuszcza, właśnie ten rozwój inteligencji do­prowadzi do tego, że człowiek zniszczy sam siebie. Ale nikt jeszcze nie wymyślił sposobu na cofnięcie nas do mechaniz­mów biologicznych właściwych żyjącym społecznie owadom i nie dysponujemy inną możliwością. Dziedzictwo kulturowe człowieka - niezależnie od tego, czy uznamy to za dobre, czy złe - nie jest przekazywane biologicznie.

Oczywistym wnioskiem, jaki stąd wyciąga socjologia współczesna, jest to, że nie ma podstaw twierdzenie, iż możemy wiązać nadzieje na osiągnięcia duchowe i kulturowe z jakąś dziedzicznie wyselekcjonowaną plazmą zarodkową. W cywilizacji zachodniej przewodnictwo przechodziło kolej­no w różnych okresach od ludów należących do semickiej grupy językowej do ludów chamickich, następnie do grupy śródziemnomorskiej rasy białej i w końcu do nordyków. Kulturalna ciągłość cywilizacji nie ulega wątpliwości, bez względu na to, kto był jej nosicielem w danym momencie. Musimy przyjąć wszystkie następstwa naszego ludzkiego dziedzictwa, z których najważniejszy jest wąski zakres zachowań przekazywanych biologicznie i ogromna rola kulturowego procesu przekazywania tradycji.

Druga odpowiedź, jaką daje antropologia na argumenta­cję zwolennika czystości rasy, dotyczy istoty dziedziczenia. Zwolennik czystości rasy jest ofiarą mitologii. Czym jest bowiem „dziedzictwo rasowe"? Wiemy z grubsza, na czym polega przechodzenie dziedzictwa z ojca na syna.

W ramach jednej linii rodzinnej znaczenie dziedziczenia jest ogromne. Dziedziczenie jest sprawą związaną z rodzin­nym pokrewieństwem. Wszystko poza tym jest mitologią. W małych i statycznych społecznościach, takich jak na przykład odizolowana wioska eskimoska, dziedzictwo „ra­sowe" i dziedzictwo łączące dziecko z rodzicami jest praktycznie równoznaczne i dlatego dziedzictwo rasowe posiada realne znaczenie. Ale jako pojęcie stosowane do grup zamieszkujących duży obszar, jak na przykład nordycy, nie ma żadnego oparcia w rzeczywistości. Po pierwsze, we wszystkich narodach nordyckich istnieją pokre­wieństwa występujące także w społecznościach odmiany alpejskiej i śródziemnomorskiej. Każda analiza budowy fizycznej jakiejś populacji europejskiej wykazuje mieszany charakter: czarnooki i ciemnowłosy Szwed reprezentuje linie rodzinne koncentrujące się w większym stopniu na południu, ale można o nim mówić w związku z tym, co wiemy o tych ostatnich grupach. Jego cechy dziedziczne, o ile mają jakąś rzeczywistość fizyczną, wiążą się z jego linią rodzinną, która nie ogranicza się do Szwecji. Nie wiemy, jak dalece typy fizyczne mogą się zmieniać bez mieszania się z innymi. Wiemy, że krzyżowanie się w obrębie jednej, tej samej grupy daje mniej więcej typ lokalny. Ale sytuacja taka niemal nie zdarza się w naszej kosmopolitycznej białej cywilizacji i jeżeli ktoś powołuje się na „dziedzictwo rasowe", jak to na ogół bywa, by skupić wokół siebie grupę ludzi o podobnej pozycji ekonomicznej, podobnym wykształceniu, czytających te same tygodniki, to kategoria taka jest jedynie inną wersją podziału ludzi na tych, którzy znajdują się w jakiejś grupie, i tych, którzy znajdują się poza nią, i nie ma nic wspólnego z rzeczywistą biologiczną jednorodnością grupy[2].

Tym, co rzeczywiście wiąże ludzi ze sobą, jest typ ich kultury - wspólne idee i sposób życia. Gdyby naród, zamiast wybierać taki symbol, jak wspólne dziedzictwo krwi, i robić sobie z niego slogan, skierował raczej swą uwagę na kulturę, która jednoczy jego członków, podkreślając jej podstawowe zasługi i uznając zarazem odmienne wartości, które mogą rozwijać się w innej kulturze, zastąpiłby wówczas realistycz­nym myśleniem ów rodzaj symboliki, która jest niebezpiecz­na, ponieważ jest błędna.

Znajomość różnorodnych form kulturowych jest nie­odzowna w myśleniu społecznym, a niniejsza praca temu właśnie jest poświęcona. Jak stwierdziliśmy już, budowa fizyczna człowieka czy rasa nie są nieodłącznie związane z kulturą i jeśli chodzi o nasze cele, można ich nie brać pod uwagę, z wyjątkiem momentów, w których z określonej przyczyny nabierają znaczenia. Główny postulat wobec dyskusji o kulturze, to oparcie jej na możliwie szerokim przeglądzie form kulturowych. Tylko wtedy bowiem jesteśmy w stanie rozróżnić te sposoby przystosowania właściwe człowiekowi, które są uwarunkowane kulturowo i wspólne, i nieodzowne - o ile możemy to stwierdzić - dla całej ludzkości. Nie potrafimy odkryć ani drogą introspekcji, ani obserwacji któregokolwiek społeczeństwa, jakie zachowanie ma charakter „instynktowny", to jest określony organicznie. Aby uznać jakieś zachowanie za instynktowne, trzeba czegoś więcej niż dowodu, że jest ono automatyczne. Odruch warunkowy jest równie automatyczny jak odruch zdeter­minowany organicznie, a odruchy uwarunkowane kulturowo stanowią większą część naszego zasobu automatycznych sposobów zachowania.

Dlatego najbardziej konkretny materiał do dyskusji o for­mach i procesach kultury stanowią dane odnoszące się do społeczeństw posiadających możliwie najmniej historycznych związków z naszym społeczeństwem oraz związków wzajem­nych. Obok ogromnej sieci kontaktów historycznych, która pozwoliła wielkim cywilizacjom ogarnąć tak ogromne tereny, kultury pierwotne są obecnie jedynym źródłem, do którego możemy się zwrócić. Stanowią one laboratorium, w którym możemy badać różnorodność instytucji ludzkich. Przy wzglę­dnej izolacji liczne prymitywne rejony przez całe stulecia opracowywały pewne tematy kulturowe, które sobie przy­swoiły. Dostarczają nam one gotowych koniecznych infor­macji dotyczących możliwych odmian ludzkiego przystoso­wania, a krytyczne ich zbadanie jest istotne dla zrozumienia procesów kulturowych. Jest to jedyne laboratorium form społecznych, jakie mamy i jakie mieć będziemy.

Ma ono jeszcze inną zaletę. Problemy, które w nim badamy, wyrażane są prościej niż w wielkich cywilizacjach zachodnich. Wraz z wynalazkami przyczyniającymi się do ułatwienia transportu oraz telefonicznej i radiowej łączności między kontynentami, z urządzeniami, które zapewniają trwałość i szeroki zasięg tekstom drukowanym, i wraz z naciskiem konkurencji różnych grup zawodowych, kultów i klas, przy ujednoliconej formie ich występowania na całym świecie, nowoczesna cywilizacja stała się zbyt skomplikowana dla adekwatnej analizy, chyba że w tym celu rozłoży się ją sztucznie na drobne fragmenty. Takie częściowe analizy pozostaną jednak nieadekwatne, ponieważ wiele czynników wewnętrznych wymyka się spod naszej kontroli. Zbadanie jakiejkolwiek grupy wymaga także wzięcia pod rozwagę jednostek z przeciwstawnych grup heterogenicznych, o róż­nych sposobach życia, celach społecznych, stosunkach ro­dzinnych i moralności. Wzajemne powiązania istniejące między tymi grupami są zbyt skomplikowane na to, by można było ocenić je w stopniu dostatecznie szczegółowym. W społeczeństwie pierwotnym tradycja kulturowa jest na tyle prosta, że zawiera się bez reszty w wiedzy osobników dorosłych, a obyczaje i moralność grupy ukształtowane są w ramach jednego, ściśle określonego ogólnego wzoru. Można określić wzajemną zależność cech w tym prostym środowisku w sposób, który jest niemożliwy wobec krzyżu­jących się prądów naszej złożonej cywilizacji.

Żadna z przyczyn, dla których kładziemy nacisk na owe fakty związane z kulturą pierwotną, nie ma nic wspólnego z klasyczną metodą posługiwania się tym materiałem. Natomiast ów sposób, w jaki się nim posłużono, ma dużo wspólnego z rekonstrukcją jego początków. Dawni ant­ropologowie usiłowali uporządkować wszystkie cechy róż­nych kultur w schemat ewolucyjny - od form najwcześniej­szych po ostateczną fazę w ramach cywilizacji zachodniej. Ale nie ma powodu, by przypuszczać, że raczej dzięki analizie religii Australijczyków niż naszej odsłaniamy religię pierwotną, czy też, że dzięki analizie społecznej organizacji Irokezów cofniemy się do zwyczajów małżeńskich najdaw­niejszych przodków człowieka.

Skoro jesteśmy zmuszeni wierzyć, że rodzaj ludzki stanowi jeden gatunek, wynika stąd, że człowiek ma za sobą wszędzie równie długą historię. Pewne plemiona pierwotne mogą być bliższe formom najbardziej pierwotnym niż człowiek cywili­zowany, ale może to mieć charakter tylko względny i nasze przypuszczenia mogą być równie słuszne, jak fałszywe. Nie ma usprawiedliwienia dla utożsamienia jakiegoś jednego współczesnego obyczaju prymitywnego z pierwotnym typem ludzkiego zachowania. Metodologicznie istnieje tylko jeden sposób, z którego pomocą zdobyć możemy przybliżoną wiedzę na temat tych początków ludzkości. Jest nim badanie rozmieszczenia kilku cech, które w społeczeństwie ludzkim są uniwersalne lub niemal uniwersalne. Kilka spośród nich jest dobrze znanych. Należą do nich, przede wszystkim, animizm i egzogamiczne ograniczenia małżeńskie. Nato­miast różne pojęcia na temat duszy ludzkiej i życia po śmierci wywołują więcej wątpliwości. Wierzenia tak niemal uniwersalne, jak te, możemy słusznie uważać za niezwykle stare pomysły ludzkie. Nie jest to równoznaczne z uznaniem ich za pojęcia zdeterminowane biologicznie, mogą być bowiem bardzo wczesnymi wynalazkami rodzaju ludzkiego, cechami charakterystycznymi „od kolebki", i stały się podstawowe dla całego myślenia ludzkiego. W ostatecznej analizie mogą się okazać tak samo uwarunkowane społecz­nie, jak każdy zwyczaj lokalny. Ale od dawna już stały się czymś automatycznie związanym z postępowaniem człowie­ka. Są stare i uniwersalne. To wszystko jednak nie oznacza, że formy, które można obserwować dziś, są początkowymi formami, które pojawiły się w pradawnych czasach. Niepo­dobna także zrekonstruować tych początków poprzez bada­nie ich odmian. Można wyizolować uniwersalne jądro wierzeń i wyróżnić jego formy lokalne, ale przecież mogło być i tak, że określona cecha wystąpiła najpierw w jakiejś wyraźnej formie lokalnej, a nie jako wspólny mianownik wszystkich zaobserwowanych cech.

Z tej przyczyny badanie zwyczajów pierwotnych celem ustalenia początków jest spekulacją. Można znaleźć argumenty popierające każde wyjaśnienia początków, zarówno tych, które wykluczają się nawzajem, jak i tych, które się dopełniają. Ze wszystkich sposobów posługiwania się mate­riałem antropologicznym, sposób polegający na nieskrępo­wanej spekulacji z natury rzeczy nie doprowadza do żadnych stwierdzeń. Przyczyna tego, że dla celów analizy form społecznych sięgamy do społeczeństw pierwotnych, nie wiąże się bynaj­mniej z romantycznym powrotem do pierwotności. Nie jest jej założeniem poetyczne przedstawienie społeczeństw pros­tszych, których kultura przemawia do nas tak silnie i różno­rodnie w naszej erze heterogenicznych standardów i bez­ładnego, mechanicznego chaosu. Ale schorzeń naszego społeczeństwa nie uleczy powrót do ideałów przechowanych dla nas przez ludy pierwotne. Romantyczna utopia, która każde sięgać po wzory prostsze i prymitywne - chociaż niekiedy bardzo pociągające - w badaniach etnologicznych bywa równie często przeszkodzą, jak pomocą.

Staranne badania społeczeństw pierwotnych mają dziś duże znaczenie, ponieważ, jak powiedzieliśmy, dostarczają faktograficznego materiału do badań nad formami i proce­sami kulturowymi. Pomagają wprowadzić rozróżnienie mię­dzy reakcjami specyficznymi dla lokalnych typów kulturo­wych, a wspólnymi dla całej ludności. Poza tym pomagają ocenić ogromnie ważną rolę zachowania uwarunkowanego kulturowo. Kultura, jej procesy i funkcje, jest przedmiotem, który musimy wyjaśnić, na ile tylko zdołamy, a znikąd nie możemy spodziewać się większej korzyści, jak z badania faktów z życia społeczeństw przedpiśmiennych.


Różnorodność kultur

Pewien wódz Indian Kopaczy, jak nazywają ich Kalifornijczycy, opowiadał mi wiele o dawnych zwyczajach swego ludu. Sam byt chrześcijaninem i przewodził swemu ludowi w sadzeniu brzoskwiń i moreli na nawodnionych terenach, ale gdy opowiadał o szamanach, którzy na jego oczach przemieniali się w niedźwiedzie - podczas tańca Niedźwiedzia - drżały mu ręce, a glos załamywał się z podniecenia. Lud jego w dawnych czasach posiadał moc niezwykłą. Wódz ów najbardziej lubił opowiadać o tym, jak żywiła ich wówczas pustynia. Przynosił stamtąd z pieczołowitą troską każdą roślinę, w pełnym poczuciu jej ogromnego znaczenia. W owych dniach jego lud czerpał siły ze „zdrowia pustym" - jak to określił - i nie znał ani zawartości puszek konserwowych, ani produktów sprze­dawanych w sklepach rzeźniczych. Właśnie takie innowacje w późniejszych latach doprowadziły do jego poniżenia.

Pewnego dnia Ramon nagle przerwał opisywanie mielenia owoców krzewu mesquite i przygotowywaniu zupy żołę­dziowej. „Na początku - powiedział - Bóg dał każdemu ludowi po glinianym kubku, aby pił z niego wodę życia".

Nie wiem, czy przenośnię tę zaczerpnął z jakiegoś tradycyjnego a nie znanego mi rytuału, czy był to wytwór jego fantazji. Trudno wyobrazić sobie, że usłyszał ją od białych w Banning, nie zwykli oni bowiem rozprawiać o etosie innych ludów. W każdym razie w rozumieniu tego skromnego Indianina owa figura retoryczna była jasna i pełna wymowy. „Wszyscy zanurzali kubki w wodzie - mówił dalej - ale kubki byty różne. Nasz kubek rozbił się. Naszego kubka już nie ma".

Nasz kubek rozbił się. Wszystko to, co nadawało znaczenie życiu jego ludu, rytuały domowe związane z je­dzeniem, zobowiązania wynikające z systemu ekonomicz­nego, kolejność obrzędów celebrowanych w wioskach, opętanie podczas tańca Niedźwiedzia, kryteria dobra i zła - wszystko przeminęło, a wraz z tym przeminął kształt i sens ich życia. Ten stary człowiek był jeszcze pełen sił i kierował w swym plemieniu stosunkami z białymi. Nie chciał przez to powiedzieć, iż chodziło o fizyczne unicest­wienie jego ludu. Ale miał na myśli utratę tego, co posiadało wartość równą wartości samego życia, utratę całej osnowy wzorów życiowych i wierzeń tego ludu. Inne kubki pozostały i wypełniała je, być może, ta sama woda życia, ale ta strata była niepowetowana. Nie chodziło o półśrodki - o dodanie czegoś lub ujęcie. Model całości byt rzeczą podstawową, w jakiś sposób nadawał jej jednolitość. Stanowił wyłączną własność tego ludu.