WYDZIA NIEWACIWEGO UYWANIA CZARÓW

J. K. ROWLING

Harry Potter

I Komnata Tajemnic


ROZDZIA PIERWSZY

Najgorsze urodziny

 

Nie po raz pierwszy w domu przy Privet Drive numer cztery niadanie przerwaa awantura. Wczesnym ran­kiem pana Dursleya obudzio gone bbnienie dochodzce z pokoju jego siostrzeca Harry’ego.

- To ju trzeci raz w tym tygodniu! - rykn na niego poprzez stó. - Jeli nie potrafisz zapanowa nad t sow, bdziesz si musia z ni poegna!

Harry jeszcze raz spróbowa to wyjani.

- Ona si nudzi. Lubi sobie polata. Gdybym móg j wypuszcza w nocy...

- Czy ja wygldam na gupca? - warkn wuj Vernon. Z krzaczastego wsa zwisa mu kawaek smaonego jajka. - Dobrze wiem, co bdzie, jak si j wypuci.

I wymieni pospne spojrzenie ze swoj on Petuni.

Harry próbowa co odpowiedzie, ale jego sowa zagu­szyo dugie i gone beknicie ich syna Dudleya.

- Chc wicej bekonu - owiadczy.

- Jest jeszcze troch na patelni, syneczku - odpo­wiedziaa ciotka Petunia, spogldajc tkliwie na swojego potnego syna. - Najedz si dobrze, mój skarbie. Jedz, jedz, jeli tylko masz ochot... Tym szkolnym jedzeniem chyba si nie najesz...

- Ale to nonsens, Petunio! Kiedy ja byem w Smeltingu, nigdy nie chodziem godny - owiadczy stanow­czo wuj Vernon. - Dudley na pewno dostaje tam tyle, ile zechce, prawda, synu?

Dudley, którego wielki zadek przelewa si przez ku­chenne krzeso, wyszczerzy zby i zwróci si do Harry’ego.

- Podaj mi patelni.

- Zapomniae magicznego sowa - odpowiedzia ze zoci Harry.

Skutek tego krótkiego zdania by piorunujcy: Dudley zaczerpn rozpaczliwie powietrza, jakby si dusi, i opad na oparcie krzesa z oskotem, który wstrzsn ca kuch­ni; pani Dursley wrzasna krótko i zakrya sobie usta domi; pan Dursley zerwa si na nogi, a yy na skroniach zaczy mu szybko pulsowa.

- Chodzio mi o „prosz”! - powiedzia prdko Harry. - Nie chciaem...

- CO JA CI MÓWIEM?! - zagrzmia wuj, oprys­kujc stó lin. - NIE MÓWIEM CI, EBY NIE UYWA TEGO SOWA NA „M” W NASZYM DO­MU?

- Ale ja...

- JAK MIESZ GROZI DUDLEYOWI! - ryk­n wuj Vernon, walc pici w stó. - OSTRZEGA­EM CI! NIE ZAMIERZAM TOLEROWA TWOJEJ ANORMALNOCI POD TYM DACHEM!

Harry przeniós spojrzenie z purpurowej twarzy wuja na blade oblicze ciotki, która próbowaa ocuci Dudleya.

- Dobrze, wuju, dobrze - powiedzia.

Wuj Vernon usiad, oddychajc jak zasapany nosoroec i zezujc na Harry’ego swoimi maymi, widrujcymi ocz­kami.

Od czasu, gdy Harry przyjecha do domu na letnie wa­kacje, wuj Vernon sprawia wraenie bomby, która moe wybuchn w kadej chwili, poniewa Harry nie by normal­nym chopcem. Prawd mówic, Harry by tak daleki od normalnoci, jak to tylko moliwe.

Harry Potter by czarodziejem - czarodziejem, który wanie ukoczy pierwszy rok nauki w Hogwarcie - Szkole Magii i Czarodziejstwa. A jeli Dursleyowie nie cieszyli si z jego powrotu na wakacje, trudno to w ogóle porówna z tym, jak czu si sam Harry.

Tak bardzo tskni za Hogwartem, e przypominao to nieustanny ból brzucha. Tskni za zamkiem z jego ta­jemnymi przejciami i duchami, za lekcjami (moe z wyjt­kiem tych ze Snape’em, nauczycielem eliksirów), za poczt przynoszon przez sow, za ucztami w Wielkiej Sali, za spaniem w wielkim óku z czterema kolumienkami i kota­rami w dormitorium na szczycie wiey, za wizytami u gajo­wego Hagrida w jego chatce na skraju parku, tu przy Zakazanym Lesie, a zwaszcza za quidditchem, najpopular­niejsz dyscyplin sportow w wiecie czarodziejów (sze „bramek” na tyczkach, cztery latajce piki i czternastu graczy na miotach).

Jego podrczniki magii, jego ródka, szaty, kocio do warzenia eliksirów i najnowoczeniejsza miota - Nimbus Dwa Tysice - spoczyway zamknite przez wuja Vernona w komórce pod schodami. Dursleyów w ogóle nie obchodzio, e Harry moe utraci miejsce w druynie quidditcha, jeli nie bdzie wiczy przez cae lato. W nosie mieli to, e Harry wróci do szkoy, nie odrobiwszy adnej pracy wakacyjnej. Dursleyowie byli mugolami (ludmi, w któ­rych yach nie pynie nawet kropla krwi czarodziejów) i posiadanie w swojej rodzinie czarodzieja uwaali za naj­wiksz hab. Wuj Vernon zamkn nawet w klatce Hedwig, sow Harry’ego, aby go pozbawi moliwoci porozumiewania si ze wiatem czarodziejów.

Harry nie by ani troch podobny do reszty rodziny. Wuj Vernon by wysoki i tgi i mia sumiaste czarne wsy; ciotka Petunia miaa kosk twarz i bya kocista; Dudley mia powe wosy, by róowy i przypomina prosiaka. Natomiast Harry by niski i szczupy, mia promieniste zielone oczy i kruczoczarne wosy, zwykle rozczochrane. Nosi okrge okulary, a na czole mia wsk blizn w ksztacie byskawicy.

Wanie ta blizna sprawiaa, e Harry by osob tak niezwyk, nawet jak na czarodzieja. By to jedyny lad, jaki mu pozosta po bardzo tajemniczym wydarzeniu w dzie­cistwie - wydarzeniu, które spowodowao, e jedena­cie lat temu podrzucono go na próg domu pastwa Dursleyów.

Kiedy Harry mia zaledwie rok, udao mu si unikn skutków przeklestwa, jakie rzuci na jego rodzin najwi­kszy w dziejach czarnoksinik, Voldemort, którego imi wci baa si wypowiada wikszo czarodziejów i czarow­nic. W starciu z Voldemortem zginli rodzice Harry’ego, ale chopiec przey; pozostaa mu po tym tylko owa blizna w ksztacie byskawicy. I w jaki sposób - nikt nie móg zrozumie, w jaki - Voldemort utraci sw czarnoksisk moc w chwili, gdy podj nieudan prób umiercenia Harry’ego.

Tak wic Harry wychowywa si w domu siostry swojej zmarej matki i jej ma. Spdzi u Dursleyów dziesi lat, nie rozumiejc, dlaczego wci sprawia, e wokó niego dziej si róne dziwne rzeczy i wierzc w zapewnienia Dursleyów, e blizna na jego czole to lad po wypadku samochodowym, w którym zginli jego rodzice.

A potem, dokadnie rok temu, Harry dosta list z Hogwartu i prawda wysza na jaw. Znalaz si w szkole czaro­dziejów, gdzie wszyscy wiedzieli o pochodzeniu jego blizny, a kady zna dobrze jego imi i nazwisko. Niestety, rok szkolny szybko min i musia wróci na letnie wakacje do domu Dursleyów, gdzie go traktowano jak psa, który wy­tarza si w czym mierdzcym.

Dursleyowie nie pamitali nawet o tym, e dzisiaj s jego dwunaste urodziny. Harry, rzecz jasna, nie mia wielkich nadziei, bo jeszcze nigdy nie dosta od nich godnego uwagi prezentu, choby tortu urodzinowego, ale eby tak zapo­mnie cakowicie o jego wicie...

Wuj Vernon odchrzkn znaczco i oznajmi:

- Dzisiaj, jak wszyscy wiemy, jest bardzo wany dzie. Harry podniós gow, nie wierzc wasnym uszom.

- To moe by dzie, w którym dokonam najwikszej transakcji w caej swojej karierze - rzek wuj Vernon. i Harry pochyli gow nad kawakiem tostu. No tak, pomyla z gorycz, wuj Vernon ma na myli to gupie przyjcie. Mówi o tym od dwóch tygodni, a waciwie od dwóch tygodni mówi wycznie o tym. Na kolacji mia by jaki bogaty przedsibiorca budowlany ze swoj on, a wuj Vernon mia nadziej, e nakoni go do bardzo duego zamówienia (fabryka wuja Vernona produkowaa widry).

- Myl, e dobrze by byo jeszcze raz przejrze plan zaj i czynnoci - powiedzia wuj Vernon. - Powin­nimy by na swoich stanowiskach o ósmej. Petunio, ty bdziesz w...?

- W salonie - odpowiedziaa natychmiast ciotka Pe­tunia - gotowa powita ich w naszym domu z naleyt wdzicznoci.

- Bardzo dobrze. A Dudley?

- Ja bd czeka przy drzwiach, eby im otworzy. - Na jego prosiakowatej twarzy rozla si sztuczny, ob­leny umiech. - Pastwo pozwol, e wezm pastwa paszcze.

- Bd nim zachwyceni! - zawoaa entuzjastycznie ciotka Petunia.

- Znakomicie, Dudley - pochwali go wuj Vernon, po czym zwróci si do Harry’ego. - A ty?

- Ja bd siedzia cicho w swojej sypialni, udajc, e mnie nie ma - odrzek Harry bezbarwnym tonem.

- Dokadnie - powiedzia dobitnie wuj Vernon. - Wprowadz ich do salonu, przedstawi ciebie, Petunio, i nalej drinki. O ósmej pitnacie...

- Oznajmi, e kolacja gotowa - powiedziaa ciotka Petunia.

- A Dudley powie...

- Czy mog pani zaprowadzi do jadalni, pani Ma­son? - powiedzia Dudley, oferujc rami niewidzialnej kobiecie.

- Mój doskonay may dentelmen! - zagdakaa ciot­ka Petunia.

- A ty? - warkn wuj Vernon, patrzc na Harry’ego.

- Ja bd siedzia cicho w swoim pokoju, udajc, e mnie nie ma - powiedzia tpo Harry.

- Dokadnie. A teraz komplementy. W czasie kolacji trzeba im powiedzie kilka miych sów. Masz jaki pomys, Petunio?

- Vernon mówi mi, e pan wietnie gra w golfa, panie

Mason... Co za przepikna sukienka, pani Mason, gdzie j pani kupia?...

- Znakomicie... Dudley?

- Moe co takiego: „W szkole pisalimy wypracowa­nie o swoim ulubionym bohaterze i ja napisaem o panu, panie Mason”.

To ju przekraczao wytrzymao i ciotki Petunii, i Harry’ego. Ciotka Petunia zalaa si zami i zacza tuli do siebie Dudleya, a Harry wsadzi gow pod stó, eby nie zobaczyli, jak dusi si ze miechu.

- A ty, chopcze?

Harry wynurzy si spod stou, starajc si za wszelk cen zachowa powag.

- Ja bd siedzia cicho w swoim pokoju i udawa, e mnie nie ma - wyrecytowa.

- Tak jest i s ku temu powody - rzek dobitnie wuj Vernon. - Masonowie nie wiedz o twoim istnieniu i tak ma pozosta. Petunio, po kolacji zabierzesz pani Mason do salonu na kaw, a ja skieruj rozmow na widry. Przy odrobinie szczcia podpiszemy umow przed wieczornymi wiadomociami o dziesitej. A jutro o tej porze bdziemy sobie wybiera domek letniskowy na Majorce.

Harry’ego nie bardzo to podniecao. By pewny, e w domku letniskowym na Majorce Dursleyowie bd nim tak samo pomiata, jak w domu przy Privet Drive.

- No dobrze... Jad do miasta, eby kupi smokingi sobie i Dudleyowi. A ty - warkn w kierunku Harry’ego - nie pataj si po domu, kiedy twoja ciotka bdzie sprzta.

Harry wyszed kuchennymi drzwiami. By pikny, so­neczny dzie. Przeszed przez trawnik, opad na ogrodow awk i cicho zapiewa: „Sto lat... sto lat...”

adnych kartek urodzinowych, adnych prezentów, a w dodatku cay wieczór mia spdzi na udawaniu, e nie istnieje. Spojrza smtnie na ywopot. Jeszcze nigdy nie czu si tak samotny. Nawet za quidditchem nie tskni tak, jak za swoimi najlepszymi przyjaciómi, Ronem Weasleyem i Hermion Granger. Niestety, nic nie wskazywao, by oni tsknili za nim. adne z nich nie napisao do niego przez cae lato, a przecie Ron obiecywa, e go do siebie zaprosi.

Ju niezliczon ilo razy Harry by bliski otworzenia zaklciem klatki Hedwigi i wysania jej do Rona i Hermiony z listem, ale zawsze w kocu dochodzi do wniosku, e nie warto ryzykowa. Uczniom Hogwartu nie wolno byo uy­wa czarów poza szkol. Harry nie powiedzia o tym Dursleyom; wiedzia, e tylko dlatego nie zamknli go w komór­ce pod schodami, bo bali si, e zamieni ich w uki gnojowniki. W pierwszych tygodniach po powrocie do domu czsto zabawia si w ten sposób, e mrucza co pod nosem, na co Dudley ucieka z pokoju tak szybko, jak mu na to pozwalay jego krótkie tuste nóki. Jednak brak wiadomoci od Rona i Hermiony sprawia, e Harry czu si kompletnie odcity od wiata czarodziejów i nawet straszenie Dudleya przestao go bawi. A teraz okazao si, e Ron i Hermion zapomnieli o jego urodzinach.

Wiele by da za jak wiadomo z Hogwartu. Od ko­gokolwiek, nawet od swojego najwikszego wroga, Dracona Malfoya, po prostu eby si upewni, e to wszystko nie byo snem...

Nie znaczy to wcale, e w Hogwarcie przez cay rok bya sielanka. Przy kocu ostatniego semestru Harry spotka si oko w oko z samym Voldemortem. Voldemort nie by ju najwikszym mistrzem czarnej magii, ale wci budzi gro­z, wci knu i spiskowa, wci próbowa odzyska potg i wadz. Harry’emu udao si po raz drugi wyrwa z jego szponów, ale a dotd, po tylu tygodniach, budzi si w nocy zlany zimnym potem, zastanawiajc si, gdzie teraz moe by Voldemort, majc przed oczami jego rozwcieczon twarz, jego rozszerzone renice szaleca...

Nagle drgn i wyprostowa si na ogrodowej awce. Od duszej chwili wpatrywa si bezwiednie w ywopot - a teraz dostrzeg, e ywopot równie si w niego wpatruje. Wród lici pojawia si para wielkich, zielonych oczu.

Harry zerwa si na równe nogi i w tej samej chwili przez trawnik dobieg go skrzekliwy, szyderczy gos.

- A ja wiem, co dzisiaj jest, aha! - zapiewa Dud­ley, zmierzajc w jego stron. Wielkie oczy mrugny i zniky.

- Co? - zapyta Harry, nie spuszczajc wzroku z miejsca, w którym si pojawiy.

- Wiem, co dzisiaj jest - powtórzy Dudley, pod­chodzc do niego.

- Brawo! - powiedzia Harry. - A wic wreszcie nauczye si dni tygodnia.

- Dzisiaj s twoje urodziny. I co, nie dostae adnej kartki? Nie masz adnych przyjació w tej szkole dla dziwo­lgów?

- Lepiej uwaaj, eby twoja mama nie usyszaa, e mówisz o mojej szkole - odpowiedzia chodno Harry.

Dudley podcign sobie spodnie, które zelizgiway mu si z tustego zadka.

- Dlaczego tak si gapisz w ten ywopot? - zapyta podejrzliwie.

- Zastanawiam si, jakim zaklciem go podpali. Dudley natychmiast odskoczy, a na jego twarzy pojawi­o si przeraenie.

- Nie w-wolno ci... Tata ci powiedzia, e nie wolno ci robi adnych czarów... bo ci wyrzuci z d-domu... a nie masz dokd pój... nie masz adnych przyjació... nikogo...

- Abrakadabra! - krzykn Harry. - Hokus-pokus, smenty-rymenty...

- MAAAAAAMO! - zawy Dudley, biegnc w stro­n domu i potykajc si o wasne nogi. - MAAAAMO! On to znowu robi!

Harry drogo zapaci za ten dowcip. Poniewa ani Dud­ley, ani ywopot nie ucierpia, ciotka Petunia wiedziaa, e nie uy adnych czarów, ale i tak ledwo zdoa unikn ciosu w gow mokr patelni. Potem wymienia z tuzin zada do wykonania i owiadczya, e nie dostanie nic do zjedzenia, dopóki tego wszystkiego nie zrobi.

Podczas gdy Dudley kry w pobliu, zajadajc lody, Harry umy okna, wypucowa samochód, przystrzyg traw­nik, opili! grzdki kwiatów, przyci i podla róe i poma­lowa ogrodow awk. Soce grzao mocno, palc go w ple­cy. Wiedzia, e nie powinien da si sprowokowa Dudleyowi, ale Dudley wypowiedzia na gos to, o czym Harry sam myla... Moe naprawd nie ma adnych przyjació?

Chciabym, eby teraz zobaczyli synnego Harry’ego Pot-tera, pomyla z gorycz, rozpryskujc sztuczny nawóz na grzdki. Plecy go bolay, a pot cieka mu strumieniami po twarzy.

Byo pó do ósmej, kiedy w kocu usysza gos ciotki Petunii.

- Do domu! Tylko uwaaj, id po gazetach!

Harry poczu ulg, gdy znalaz si w chodnej kuchni. Na lodówce staa ju wielka misa leguminy z mas bitej mietany i kandyzowanymi fiokami na wierzchu, w piekar­niku skwierczaa piecze wieprzowa.

- Jedz szybko! Masonowie wkrótce tu bd! - wark­na ciotka Petunia, wskazujc na dwa kawaki chleba i grudk sera na kuchennym stole. Miaa ju na sobie oso­siow sukni koktajlow.

Harry umy rce i zjad swoj ndzn kolacj. u jeszcze ostatni ks chleba, gdy ciotka Petunia zabraa mu talerz sprzed nosa.

- Na gór!

Przechodzc obok drzwi do salonu, Harry zobaczy wuja Vernona i Dudleya w smokingach, biaych koszulach i muszkach. By ju na górze, kiedy rozleg si dzwonek, a u stóp schodów pojawia si czerwona ze zoci twarz wuja Vernona.

- Pamitaj, chopcze... niech no tylko co usysz... Harry wszed na palcach do swojej sypialni, zamkn drzwi i odwróci si, eby rzuci si na óko. Kopot w tym, e na óku kto ju siedzia.


ROZDZIA DRUGI

Ostrzeenie Zgredka

 

Harry’emu udao si nie krzykn, ale niewiele brako­wao. May stwór siedzcy na jego óku mia wielkie uszy nietoperza i wyupiaste zielone oczy wielkoci piek tenisowych. Harry natychmiast pozna te oczy: to one wpa­tryway si w niego z ywopotu. Z dou dobieg gos Dudleya:

- Pastwo pozwol, e wezm ich paszcze.

Stwór zelizn si z óka i skoni tak nisko, e koniec jego dugiego, cienkiego nosa dotkn dywanu. Harry za­uway, e stwór ma na sobie co, co przypominao star poszewk na poduszk, z dziurami na rce i nogi.

- Eee... cze - powiedzia niepewnie Harry.

- Harry Potter! - zapiszcza stwór tak przenikli­wym gosem, i Harry by pewny, e sysz go na dole. - Ach, sir, Zgredek od tak dawna pragn pana zobaczy... Có za zaszczyt...

- D-dzikuj - wyjka Harry, przemykajc si pod cian i siadajc przy biurku, tu obok Hedwigi, która jak zwykle spaa w swojej klatce. Chcia zapyta: „Czym jeste?”, ale pomyla, e zabrzmiaoby to zbyt obcesowo, wic zapyta:

- Kim jeste?

- Jestem Zgredek, askawy panie - odpowiedzia stwór. - Po prostu Zgredek. Domowy skrzat.

- Och... naprawd? Eee... nie chc by nieuprzejmy, ale... to niezbyt szczliwa pora na odwiedziny domowego skrzata w mojej sypialni.

Z salonu dobieg gony, sztuczny miech ciotki Petunii. Skrzat zwiesi gow.

- Oczywicie bardzo si ciesz - powiedzia szybko Harry - ale... ee... czy jest jaki szczególny powód tych odwiedzin?

- Och, tak, askawy panie - odpowiedzia duszek. - Zgredek przyszed, eby panu powiedzie, sir... to do trudne... Zgredek nie wie, od czego zacz...

- Usid. - Harry wskaza óko. Ku jego przeraeniu, skrzat wybuchn paczem, a robi to bardzo haaliwie.

- U-usid! - zaszlocha. - Jeszcze nigdy, nigdy... Harry’emu wydao si, e gosy na dole jakby przycichy.

- Bardzo przepraszam - wyszepta. - Nie chcia­em ci urazi, naprawd.

- Urazi?! - zaskrzecza przenikliwie skrzat. - Jeszcze nigdy aden czarodziej nie zaprosi Zgredka, eby usiad... jak równy z równym...

Harry, starajc si jednoczenie powiedzie „Ciiiicho!” i mie uprzejm min, zdoa nakoni Zgredka, by usiad z powrotem na óku, co te skrzat uczyni, nkany gon czkawk. Przypomina teraz wielk i bardzo brzydk lalk. W kocu udao mu si opanowa czkawk i zacz wpatry­wa si w Harry’ego z niemym zachwytem.

- Chyba nie spotkae wielu przyzwoitych czarodzie­jów - powiedzia Harry, próbujc doda mu otuchy.

Zgredek potrzsn gow. A potem, bez ostrzeenia, zeskoczy z óka i zacz wali gow w szyb, wrzeszczc:

- Zy Zgredek! Niedobry Zgredek!

- Przesta... co ty wyprawiasz! - sykn Harry, podbiegajc do niego i zacigajc go z powrotem na óko. Hedwiga obudzia si z wyjtkowo dononym skrzekiem i zacza tuc skrzydami w prty klatki.

- Zgredek musi si sam ukara - oznajmi duszek majcy ju lekkiego zeza. - Zgredek o may wos nie wyraziby si le o swojej rodzinie...

- O swojej rodzinie?

- O rodzinie czarodziejów, której Zgredek suy, sir... Zgredek jest domowym skrzatem... zobowizanym suy na wieki jednemu domowi i jednej rodzinie...

- Oni wiedz, e tutaj jeste? - zapyta z zacieka­wieniem Harry.

- Och, nie, sir, nie... Zgredek bdzie musia ukara si surowo za to, e tu przyszed, eby si zobaczy z wielmo­nym panem, sir. Za kar Zgredek przytrzanie sobie uszy drzwiczkami piekarnika. Gdyby si dowiedzieli... och, sir...

- Ale przecie si poapi, jak sobie przy trzaniesz uszy drzwiczkami piekarnika...

- Nie sdz, sir. Zgredek wci musi si za co kara. Pozwalaj mi na to. Czasami nawet mi przypominaj...

- Ale dlaczego po prostu nie odejdziesz? Nie uciek­niesz?

- Och, nie, domowy skrzat nie moe sam odej. Trze­ba go odprawi. A ta rodzina nigdy Zgredka nie odprawi... Zgredek bdzie suy tej rodzinie a do mierci, sir...

Harry spojrza na niego ze zdumieniem.

- A ja mylaem, e ju nie wytrzymam nastpnych czterech tygodni w tym domu - powiedzia. - Przy twojej rodzinie Dursleyowie wydaj si prawie przyzwoity­mi ludmi. I nikt nie moe ci jako pomóc? Moe ja bym móg?

Prawie natychmiast poaowa tych sów. Z ust Zgredka popyna kaskada jkliwych wyrazów wdzicznoci.

- Bagam - szepn gorczkowo Harry. - Troch ciszej, prosz. Jeli Dursleyowie co usysz, jeli si dowie­dz, e tu jeste...

- Harry Potter pyta, czy mógby pomóc Zgredkowi... Zgredek sysza o twojej wielkoci, sir, ale nie zna bezmiaru twojej wspaniaomylnoci...

Harry poczu, e pon mu policzki.

- Kto ci naopowiada jakich bzdur o mojej wielkoci? Nie jestem nawet najlepszym uczniem. To Hermiona jest na pierwszym miejscu, ona...

I urwa, bo sama myl o Hermionie sprawia mu ból.

- Harry Potter jest wielki, dobry i skromny - rzek z podziwem Zgredek, a jego wyupiaste oczy zapony bla­skiem. - Harry Potter nawet nie wspomina o swoim zwy­cistwie nad Tym, Którego Imienia Nie Wolno Wymawia.

- Mówisz o Voldemorcie?

Zgredek wetkn sobie pici do uszu i jkn:

- Ach, sir, nie wypowiadaj tego imienia! Nie wypowia­daj go!

- Przepraszam - powiedzia szybko Harry. - Znam wielu, którzy tego nie lubi... mój przyjaciel Ron...

Znowu urwa. Wspomnienie Rona równie sprawio mu ból.

Skrzat nachyli si do niego, a oczy mu pony jak dwa reflektory.

- Zgredek sysza, jak mówiono - zachrypia - e Harry Potter spotka Czarnego Pana po raz drugi, zale­dwie par tygodni temu... I e Harry Potter znowu wyszed z tego cao.

Harry kiwn gow, a w oczach Zgredka nagle zabysy zy.

- Ach, wielmony panie! - zaszlocha, ocierajc twarz rogiem poszewki od poduszki, któr mia na sobie. - Harry Potter jest mny i odwany! Unikn ju tylu zagro­e! Ale Zgredek przyszed, eby ostrzec Harry’ego Pottera, tak, nawet jeli bdzie musia za to przytrzasn sobie uszy drzwiczkami od pieca... Harry Potter nie powinien wraca do Hogwartu.

Zapanowaa cisza przerywana tylko szczkaniem widel­ców i noy w jadalni oraz odlegym dudnieniem gosu wuja Vernona.

- C-cooo? - wyjka Harry. - Ale ja tam musz wróci... semestr zaczyna si pierwszego wrzenia. Tylko to powstrzymuje mnie przed ucieczk z tego domu. Nie wiesz, jak tu jest. Ja nie nale do tego domu. Ja nale do twojego wiata... w Hogwarcie.

- Nie, nie, nie - zaskrzecza Zgredek, krcc tak gwatownie gow, e uszy mu zaopotay. - Harry Pot­ter musi pozosta tam, gdzie jest bezpieczny. Harry Potter jest za wielki, za dobry, abymy go stracili. Jeli Harry Potter wróci do Hogwartu, znajdzie si w miertelnym niebezpieczestwie.

- Dlaczego? - zapyta Harry, zupenie zbity z tropu.

- Tam jest spisek. Spisek, który ma na celu co strasz­nego. Jeli si powiedzie, w tym roku w Szkole Magii i Czarodziejstwa stanie si co strasznego - wyszepta Zgredek, dygocc na caym ciele. - Zgredek wie o tym od paru miesicy, sir. Harry Potter nie moe naraa si na pewn zgub. Harry Potter jest zbyt wan osob!

- O czym ty mówisz? - zapyta Harry. - Jakie straszne rzeczy? Kto spiskuje?

Zgredek wyda z siebie dziwny odgos, jakby si czym dawi, po czym zacz wali gow w cian.

- No dobra! - krzykn Harry, apic skrzata za ra­mi, by go powstrzyma. - Nie wolno ci powiedzie, ro­zumiem. Ale dlaczego mnie ostrzegasz? - Nagle wpada mu do gowy niezbyt mia myl. - Zaraz, zaraz... czy to ma co wspólnego z Vol... z Sam-Wiesz-Kim? Moesz po prostu potrzsn albo kiwn gow - doda pospiesznie, widzc, e gowa Zgredka znowu zblia si niebezpie­cznie do ciany.

Zgredek powoli pokrci gow.

- Nie... to nie Ten, Którego Imienia Nie Wolno Wy­mawia.

Ale wci wytrzeszcza oczy, jakby chcia da Harry’emu co do zrozumienia. Harry nie mia jednak zielonego poj­cia, o kim mowa.

- On chyba nie ma brata, co?

Zgredek potrzsn gow i jeszcze bardziej wytrzeszczy oczy.

- No to nie wiem, kto jeszcze mógby dokona jakich strasznych rzeczy w Hogwarcie - powiedzia Harry. - Przecie tam jest Dumbledore... chyba wiesz, kto to jest Dumbledore, co?

Skrzat skin gow.

- Zgredek dobrze wie, sir. Albus Dumbledore jest najwikszym dyrektorem, jakiego mia Hogwart. Zgredek sysza, e moc Dumbledore’a równa jest mocy Tego, Któ­rego Imienia Nie Wolno Wymawia, nawet u szczytu jego potgi. Ale... sir - zniy gos do natarczywego szeptu - s moce, których nawet Dumbledore nie... moce, któ­rych aden przyzwoity czarodziej nie...

I zanim Harry zdy go powstrzyma, zeskoczy z óka, chwyci z biurka lamp i zacz si ni okada po gowie, wydajc z siebie oguszajce wrzaski.

Na dole nagle zalega cisza. Dwie sekundy póniej Harry usysza dochodzce z przedpokoju kroki wuja Vernona i jego gos:

- Ach, ten nieznony Dudley znowu nie wyczy te­lewizora!

- Szybko! Schowaj si! - sykn Harry, wpychajc Zgredka do szafy, zamykajc za nim drzwi i rzucajc si na óko w ostatniej chwili, kiedy poruszya si klamka w drzwiach pokoju.

- Co ty... do diaba... wyprawiasz? - zapyta wuj Vernon przez zacinite zby, zbliajc nabieg krwi twarz do twarzy Harry ego. - Wanie zniszczye mi puent najlepszego dowcipu o japoskim graczu w golfa... Jeszcze jeden dwik, a poaujesz, e si urodzie, przeklty bachorze!

I wyszed z pokoju, starajc si nie robi haasu.

Harry, trzsc si cay, wypuci Zgredka z szafy.

- Widzisz, jak tu jest? Ju rozumiesz, dlaczego musz wróci do Hogwartu? To jedyne miejsce, w którym mam... no, myl, e mam przyjació.

- Przyjació, którzy nawet nie napisz do Harry’ego Pottera? - zapyta chytrze skrzat.

- Myl, e s po prostu... zajci - odrzek Harry ze zoci. - A ty skd wiesz, e moi przyjaciele do mnie nie pisz?

Zgredek przestpi dwa razy z nogi na nog.

- Niech si Harry Potter nie zoci na Zgredka... Zgre­dek zrobi to dla jego dobra...

- Zatrzymywae moje listy?

- Zgredek ma je tutaj - odpowiedzia duszek.

Odsunwszy si od Harry’ego na bezpieczn odlego, wyj gruby plik kopert z poszewki na poduszk, w któr by odziany. Harry pozna z daleka kaligrafi Hermiony, niedbae pismo Rona, a nawet jakie gryzmoy, które mogy by pismem gajowego Hogwartu, Hagrida.

Zgredek zerkn z niepokojem na Harry’ego.

- Niech si Harry Potter nie gniewa... Zgredek mia nadziej... no, jeli Harry Potter pomyli, e jego przyjaciele o nim zapomnieli... moe nie zechce wróci do szkoy...

Harry nie sucha. Wycign szybko rk, chcc mu wyrwa listy, ale Zgredek jeszcze szybciej odskoczy.

- Harry Potter je dostanie, jeli da Zgredkowi sowo, e nie wróci do Hogwartu. Ach, janie wielmony czarodzie­ju, tam czeka ci straszliwe niebezpieczestwo! Powiedz, e tam nie wrócisz!

- Nie - powiedzia Harry ze zoci. - Oddaj mi listy od moich przyjació!

- A wic Harry Potter nie pozostawia Zgredkowi wy­boru - rzek ponuro duszek.

I zanim Harry zdy si ruszy z miejsca, podbieg do drzwi, otworzy je i zbieg po schodach.

Harry’emu zascho w ustach, odek podskoczy mu do garda, ale rzuci si za nim w pogo, starajc si nie robi haasu. Przeskoczy przez ostatnie sze stopni, wyldowa jak kot na dywanie i rozejrza si, szukajc Zgredka. Z ja­dalni dobieg go gos wuja Vernona: „...niech pan opowie Petunii t zabawn histori o amerykaskich hydraulikach, panie Mason, bardzo chciaa j usysze...”

Harry przebieg przez przedpokój, wpad do kuchni i po­czu, e po prostu nie ma ju odka.

Wspaniaa legumina ciotki Petunii unosia si pod sufi­tem. Na szczycie kredensu siedzia Zgredek.

- Nie - zachrypia Harry. - Bagam ci... oni mnie zabij...

- Harry Potter musi przyrzec, e nie wróci do szkoy...

- Zgredku... bagam...

- To prosz to przyrzec.

- Nie mog!

Zgredek spojrza na niego z alem.

- Wic Zgredek musi to zrobi. Dla dobra Harry’ego.

Legumina spada na podog z okropnym oskotem. Krem obryzga ciany i szyby w oknach. Po chwili rozleg si donony trzask, jakby kto strzeli z bata, i Zgredek znikn.

W pokoju jadalnym rozlegy si krzyki i po chwili do kuchni wpad wuj Vernon. Harry sta porodku, nie mogc ruszy si z miejsca, cay umazany legumina ciotki Petunii.

Z pocztku wydawao si, e wuj Vernon zbagatelizuje to wydarzenie („To tylko nasz siostrzeniec... okropnie ner­wowy... obcy ludzie wyprowadzaj go z równowagi, wic trzymamy go na górze”). Zagoni zszokowanych Masonów z powrotem do pokoju jadalnego, przyrzek Harry’emu, e obedrze go ze skóry, i wrczy mu mopa. Ciotka Petunia wygrzebaa z lodówki jakie lody, a Harry, wci dygocc, zacz doprowadza kuchni do porzdku.

Wuj Vernon miaby jeszcze szans zawarcia transakcji ycia - gdyby nie sowa.

Ciotka Petunia wanie czstowaa wszystkich mitowy­mi pralinkami, kiedy przez okno jadalni wpada wielka sowa uszata, upucia list prosto na gow pani Mason i wyleciaa. Pani Mason wrzasna jak upiór i wybiega z domu, wykrzykujc co o wariatach. Pan Mason zosta jeszcze przez chwi­l, eby powiedzie Dursleyom, e jego ona panicznie boi si wszelkich ptaków, i zapyta, czy uwaaj to za dowcipne.

Harry sta w kuchni, ciskajc w rku kij mopa, kiedy wuj Vernon zbliy si do niego z diabelskim byskiem w maych oczkach.

- Przeczytaj to! - sykn mciwie, wycigajc do niego list, który dostarczya sowa. - No, dalej, czytaj!

Harry wzi list. Nie byy to yczenia urodzinowe.

 

Szanowny Panie Potter,

z naszego poufnego róda otrzymalimy wanie wia­domo, e tego wieczoru, o godzinie dziewitej dwadzie­cia, w miejscu Paskiego przebywania uyto Zaklcia Swobodnego Zwisu.

Jak Pan wie, niepenoletnim czarodziejom nie wolno uywa czarów poza szko. Dalsze takie poczynania mog doprowadzi do usunicia Pana z rzeczonej szkoy (Ustawa o Uzasadnionych Restrykcjach wobec Niepenoletnich Czarodziejów, 1875, paragraf C.)

Pragniemy równie Panu przypomnie, e wszelka dziaalno magiczna, która mogaby by zauwaona przez obywateli pozamagicznych (mugoli) stanowi powane wykro­czenie, zgodnie z 13 rozdziaem Zasad Tajnoci Midzy­narodowej Konfederacji Czarodziejów.

ycz udanych wakacji!

Z wyrazami szacunku

Mafalda Hopkirk

WYDZIA NIEWACIWEGO UYWANIA CZARÓW

Ministerstwo Magii

 

Harry podniós gow znad listu i gono przekn lin.

- Nie powiedziae nam, e nie wolno ci uywa cza­rów poza szko - rzek wuj Vernon, a w jego oczach taczyy iskierki szalestwa. - Pewno zapomniae... wy­leciao ci to z pamici...

Rzuci si na Harry’ego z obnaonymi zbami, jak wielki buldog.

- No wic ja te mam dla ciebie wiadomo, chop­cze... Zamykam ci... Ju nigdy nie wrócisz do tej szkoy... nigdy... A jeli spróbujesz uwolni si za pomoc magii... sami ci wyrzuc!

I chichocc jak wariat, zacign Harry’ego na gór.

Wuj Vernon nie rzuca pogróek na wiatr. Nastpnego ranka sprowadzi lusarza, który wprawi kraty w okno sypialni Harry’ego. Sam zrobi w drzwiach ma klapk, jak zwykle robi si dla kota, aby mona byo przez ni podawa mae iloci jedzenia. Odtd wypuszczano Harry’ego tylko dwa razy dziennie, rano i wieczorem, eby skorzysta z azienki.

 

Trzy dni póniej nic nie wskazywao, by Dursleyom zmiky serca i Harry zrozumia, e znalaz si w sytuacji bez wyjcia. Lea na óku, patrzc przez kraty na zachodzce soce, i zastanawia si smtnie, jaka go czeka przyszo.

Co mu przyjdzie z uwolnienia si z sypialni za pomoc czarów, skoro wyrzuc go za to z Hogwartu? Z drugiej strony, dalsze ycie w domu przy Privet Drive stao si nie do zniesienia. Odkd Dursleyowie upewnili si, e nie obu­dz si zamienieni w nietoperze, utraci swoj jedyn bro. Zgredek moe i ustrzeg go przed strasznymi wydarzeniami w Hogwarcie, ale wszystko wskazywao na to, e tutaj czeka go po prostu mier z godu.

Klapka w drzwiach zagrzechotaa i pojawia si rka ciotki Petunii z misk zupy z puszki. Harry’emu odek skrca si z godu, wic zeskoczy z óka i porwa misk. Zupa bya zimna, ale wypi poow jednym ykiem. Potem podszed do klatki Hedwigi i zgarn rozmoke jarzyny do jej pustej miseczki. Nastroszya pióra i spojrzaa na niego z gbok odraz.

- Nie ma co odwraca dzioba, to wszystko, co mamy - powiedzia ponuro Harry.

Postawi pust misk przy drzwiach i opad z powrotem na óko, czujc, e jest jeszcze bardziej godny ni przed wypiciem zupy.

Zaoywszy, e za cztery tygodnie bdzie jeszcze ywy, co si stanie, jeli nie stawi si w Hogwarcie? Czy wyl kogo, eby sprawdzi, dlaczego nie przyjecha? Zdoaj przekona Dursleyów, eby go wypucili?

W pokoju robio si coraz ciemniej. Wyczerpany, czujc, jak mu okropnie burczy w brzuchu, przeuwajc wci i wci te same pytania, na które nie byo odpowiedzi, w kocu zasn.

nio mu si, e siedzi w klatce w zoo. Na klatce bya tabliczka: niepenoletni czarodziej. Ludzie wytrzeszczali na niego oczy przez kraty, kiedy tak lea na kupce somy, wygodniay i saby. W tumie zobaczy twarz Zgredka i zawoa do niego, bagajc o pomoc, ale Zgredek odpowie­dzia: „Harry Potter jest tutaj bezpieczny, sir!” i znikn. A potem pojawili si Dursleyowie i Dudley zabbni kijem po kratach, namiewajc si z niego.

- Przesta - wymamrota Harry, bo bbnienie huczao mu w obolaej gowie. - Zostaw mnie w spokoju... przesta... próbuj si zdrzemn...

Otworzy oczy. Przez kraty w oknie wieci ksiyc. I kto naprawd wytrzeszcza na niego oczy zza krat: kto piegowaty, rudowosy, z dugim nosem...

Zza okna patrzy na niego Ron Weasley.


ROZDZIA TRZECI

Nora

Ron! - wydysza Harry, podchodzc na palcach do okna i otwierajc je, eby mogli porozmawia przez kraty. - Ron, jak ci si udao... Co to...?!

Rozdziawi usta, bo to, co zobaczy, zupenie go zatkao. Ron wychyla si z tylnego okna starego turkusowego sa­mochodu, zaparkowanego w powietrzu. Z przednich siedze szczerzyli do niego zby Fred i George, dwaj bracia bliniacy Rona.

- Nic ci nie jest, Harry?

- Co si dzieje, Harry? - zapyta Ron. - Dlacze­go nie odpowiadae na moje listy? Zapraszaem ci ze dwanacie razy, a potem ojciec wróci do domu i powiedzia, e dostae oficjalne ostrzeenie za uycie czarów w obecno­ci mugoli...

- To nie ja... Ale skd on si o tym dowiedzia?

- Pracuje w ministerstwie - odrzek Ron. - Przecie dobrze wiesz, e nie wolno nam uywa zakl poza szko...

- A wy to niby co? - powiedzia Harry, gapic si na latajcy samochód.

- Och, nie, to si nie liczy... Tylko go poyczylimy, to wóz ojca, wcale go nie zaczarowalimy. Ale uywa czarów na oczach tych mugoli, u których mieszkasz...

- Ju ci mówiem, to nie ja... ale musiabym ci za dugo tumaczy. Suchaj, mógby wyjani w Hogwarcie, e Dursleyowie mnie zamknli i nie pozwalaj mi wróci do szkoy, i e oczywicie nie mog si sam uwolni za pomoc czarów, bo w ministerstwie pomyl, e to ju drugie zaklcie uyte przeze mnie w cigu trzech dni, wic...

- Przesta nawija - przerwa mu Ron. - Zabie­ramy ci do naszego domu.

- Ale przecie wy te nie moecie uywa czarów...

- Nie musimy - rzek Ron, wskazujc gow na przednie siedzenia i szczerzc zby. - Zapomniae, kto mi towarzyszy.

- Przywi to do kraty - powiedzia Fred, rzucajc Harry’emu koniec liny.

- Jeli Dursleyowie si obudz, ju mnie wicej nie zobaczycie - powiedzia Harry, przywizujc lin do kraty.

- Nie am si - mrukn Fred, uruchamiajc silnik - i odejd od okna.

Harry cofn si w gb, tu obok klatki z Hedwig, która zdawaa si rozumie, e chodzi o co wanego, i sie­dziaa cicho. Fred doda gazu, silnik zarycza, a potem nagle co okropnie chrupno i krata runa w dó, kiedy samo­chód ruszy prosto w powietrze. Harry podbieg do okna i zobaczy krat dyndajc na linie par stóp nad ziemi. Ron, dyszc ciko, wciga j do samochodu. Harry nasuchiwa z niepokojem, ale z sypialni Dursleyów nie dochodzi aden dwik.

Kiedy krata spoczywaa ju bezpiecznie na tylnym siedzeniu obok Rona, Fred cofn samochód i ustawi go tak blisko okna, jak to byo moliwe.

- Wa - powiedzia Ron.

- Ale... moje przybory szkolne... ródka... miota...

- Gdzie one s?

- Zamknite w komórce pod schodami, a ja nie mog std wyj...

- Nie ma problemu - odezwa si George. - Harry, odsu si.

Fred i George wleli przez okno do pokoju Harry’ego. Harry z powtpiewaniem patrzy, jak George wyjmuje z kieszeni zwyk spink do wosów i zaczyna ni grzeba w zamku.

- Wielu czarodziejów uwaa, e takie sztuczki mugoli to strata czasu - powiedzia Fred - ale my sdzimy, e warto je zna, nawet jeli rzeczywicie zajmuj troch czasu.

W zamku co klikno i drzwi si otworzyy.

- No wic... my pójdziemy po twój kufer... a ty zbierz, co ci bdzie potrzebne, i podaj Ronowi - szepn George.

- Uwaajcie na dolny stopie, skrzypi - szepn za nimi Harry, kiedy zniknli w ciemnym korytarzu.

Zacz kry po pokoju, zbierajc swoje rzeczy i podajc je przez okno Ronowi. Potem poszed pomóc bliniakom wcign po schodach ciki kufer. Z sypialni Dursleyów dobieg kaszel wuja Vernona.

W kocu, dyszc i sapic, wtaszczyli kufer i ustawili w otwartym oknie. Fred i Ron cignli go z samochodu, a Harry i George pchali od strony sypialni. Kufer przeciska si przez okno cal po calu.

Wuj Vernon zakaszla po raz drugi.

- Jeszcze troch - wysapa Fred - jeszcze jedno mocne pchnicie...

Harry i George napryli minie i kufer wyldowa na tylnym siedzeniu samochodu.

- Dobra, zmywamy si std - szepn George.

Lecz kiedy Harry wspi si ju na parapet, usysza za sob donony skrzek, a po chwili grzmot gosu wuja Vernona:

- TA PIEKIELNA SOWA!

- Zapomniaem o Hedwidze!

Harry przebieg przez pokój, syszc pstryknicie kon­taktu na korytarzu. Chwyci klatk z Hedwig, rzuci si do okna i poda j Ronowi. Wspina si ju na parapet, kiedy wuj Vernon zaomota w drzwi, które otworzyy si i rbny o cian.

Przez uamek sekundy wuj Vernon sta w drzwiach jak zamurowany, a potem zarycza jak rozwcieczony byk i rzu­ci si ku Harry’emu, chwytajc go za kostk.

Ron, Fred i George zapali Harry’ego za ramiona i cig­nli ze wszystkich si.

- Petunio! - rycza wuj Vernon. - Petunio, on ucieka! ON UCIEKA!

Weasleyowie szarpnli mocno i noga Harry’ego wyli­zna si z ucisku wuja Vernona. Gdy tylko Harry znalaz si w samochodzie i zatrzasn drzwiczki, Ron rykn:

- Fred, gazu!

Samochód wystrzeli ku ksiycowi.

Harry nie móg uwierzy - by wolny! Opuci szyb, nocne powietrze zmierzwio mu wosy. Spojrza za siebie, na szybko malejce dachy Privet Drive. Wuj Vernon, ciotka Petunia i Dudley tkwili w oknie sypialni Harry’ego, jakby ich zamurowao.

- Do zobaczenia w nastpne wakacje! - krzykn Harry.

Weasleyowie ryknli miechem, a Harry opad na opar­cie fotela, szczerzc zby.

- Wypumy Hedwig - powiedzia do Rona. - Moe lecie za nami. Ju dawno nie miaa okazji do wypros­towania skrzyde.

George wrczy Ronowi spink do wosów i po chwili uradowana Hedwig wyleciaa przez okno i pomkna za nimi jak duch.

- No wic opowiadaj, Harry - powiedzia niecier­pliwie Ron. - Co si stao?

Harry opowiedzia im o Zgredku, o jego ostrzeeniu oraz smtnym kocu leguminy z fiokami. Kiedy skoczy, za­pada gucha cisza.

- Podejrzana sprawa - owiadczy w kocu Fred.

- mierdzi z daleka - zgodzi si George. - Wic nie mówi ci nawet, kto co knuje?

- Chyba nie móg - powiedzia Harry. - Za ka­dym razem, kiedy ju mi si zdawao, e zaraz powie co konkretnego, zaczyna wali gow w cian.

Fred i George spojrzeli po sobie.

- Co, mylicie, e robi mnie w konia? - zapyta Harry.

- No có - rzek Fred - mona to tak uj... Te domowe skrzaty dysponuj do du moc magiczn, ale zwykle nie mog jej uy bez pozwolenia swoich panów. Zao si, e kto wysa tego starego zgreda, eby ci powstrzyma od powrotu do Hogwartu. Co w rodzaju dowcipu. Nie przychodzi ci do gowy, komu w szkole moge podpa?

- Tak - powiedzieli razem Harry i Ron.

- Draco Malfoy - wyjani Harry. - On mnie nie­nawidzi.

- Draco Malfoy? - powtórzy George, obracajc si do niego. - Ale chyba nie syn Lucjusza Malfoya?

- Moe on, przecie to bardzo rzadkie nazwisko, no nie? A co?

- Syszaem, jak tata o nim mówi, e to zagorzay sprzymierzeniec Sami-Wiecie-Kogo.

- A kiedy Sami-Wiecie-Kto znikn - rzek Fred, wykrcajc szyj, eby spojrze na Harry’ego - Lucjusz Malfoy wróci, przekonujc wszystkich, e nie mia z nim nic wspólnego. Wciska kit... Tata uwaa, e Lucjusz nalea do cisego grona zwolenników Sami-Wiecie-Kogo.

Harry sysza ju te pogoski o rodzinie Malfoya, wic nie by tym zaskoczony. Draco Malfoy móg sprawi, e nawet Dudley Dursley wygldaby jak grzeczny, mylcy i wrali­wy chopiec.

- Przecie nie wiemy, czy Malfoyowie maj domowego skrzata... - powiedzia.

- To jest moliwe. Takie skrzaty su zwykle w boga­tych domach starych czarodziejskich rodzin - zauway Fred.

- Tak, mama zawsze marzya o tym, eby mie skrza­ta... eby za ni prasowa - doda George. - Ale ma­my tylko parszywego ghula na strychu i peno gnomów w ogrodzie. Domowe skrzaty bywaj zwykle w wielkich starych dworach i zamkach, u nas si takiego nie spotka...

Harry milcza. Sdzc po tym, e Draco Malfoy mia wszystko w najlepszym gatunku, jego rodzina musiaa mie mnóstwo zota. Tak, Malfoy bardzo dobrze pasowa do bogatego dworu. Wysanie domowego sugi, by powstrzy­ma Harry’ego od powrotu do Hogwartu, te do niego znakomicie pasowao. Czyby rzeczywicie paln gupstwo, traktujc Zgredka powanie?

- W kadym razie ciesz si, e wpadlimy na pomys, eby ci odwiedzi - powiedzia Ron. - Zaczem si powanie martwi, kiedy nie odpowiedziae na aden z mo­ich listów. Z pocztku mylaem, e to wina Errola...

- Jakiego Errola?

- To nasz puchacz. Bardzo stary. Ju nie raz zdarzyo mu si nawali. Wic próbowaem poyczy Hermesa...

- Kogo?

- To puchacz, którego mama i tata kupili Percy’emu, kiedy zosta prefektem - wyjani Fred.

- Ale Percy nie chcia mi go poyczy - cign Ron. - Powiedzia, e bdzie mu potrzebny.

- Tego lata Percy bardzo dziwnie si zachowywa - zauway George, marszczc czoo. - I rzeczywicie wci wysya listy... I czsto przesiadywa w swoim pokoju, zamy­kajc si na klucz... Pewnie polerowa odznak prefekta... Fred, troch za bardzo na zachód - doda, wskazujc na kompas na tablicy rozdzielczej.

- Powiedzielicie tacie, e wzilicie jego samochód? - zapyta Harry, dobrze wiedzc, jak usyszy odpowied.

- Eee... no... nie - odrzek Ron. - Musia i na noc do pracy. Ale mam nadziej, e odstawimy go do garau, zanim mama zauway, e go wzilimy.

- A co waciwie wasz tata robi w Ministerstwie Magii?

- Pracuje w najnudniejszym wydziale - odpowie­dzia Ron. - Urzd Niewaciwego Uycia Produktów Mugoli.

- Czego?

- No wiesz, chodzi o róne rzeczy produkowane przez mugoli, które zostaj zaczarowane, a potem trafiaj do którego z ich sklepów lub domów. Na przykad w zeszym roku zmara pewna starsza wiedma, a jej komplet do herbaty sprzedano do sklepu z antykami. No i kupia go jaka mugolka, przyniosa do domu i próbowaa poda w nim herbat gociom. To by koszmar... Tata pracowa nad tym caymi tygodniami.

- Co si stao?

- Dzbanek dosta wira i porozlewa gorc herbat po caym pokoju, a jednego faceta musieli zabra do szpitala, bo szczypce do cukru zakleszczyy mu nos i nie chciay si oderwa. Tata mia kup roboty, w tym urzdzie jest tylko on i jeden stary czarodziej, musieli uy kilku silnych zakl utraty pamici i wielu innych sztuczek, eby to jako zatu­szowa...

- Ale twój tata... to auto... Fred rozemia si.

- Wiesz, ojciec ma fioa na punkcie rzeczy produko­wanych przez mugoli, w szopie mamy kup tych mieci. Rozkada je na czci, zaczarowuje i skada z powrotem. Gdyby dokona rewizji w naszym domu, musiaby si sam aresztowa. Mama dostaje szau.

- O, tam jest gówna droga - odezwa si George, wygldajc przez okno. - Bdziemy w domu za dziesi minut... W sam raz, bo ju si robi jasno...

Na wschodzie wida ju byo bladoróow powiat.

Fred obniy lot samochodu i Harry zobaczy ciemn szachownic pól i plamy drzew.

- Jestemy tu za wiosk - oznajmi George. Samochód znia si coraz bardziej. Krawd jasnoczerwonego soca przewiecaa przez drzewa.

- Ldujemy! - zawoa Fred, a koa podskoczyy na gruncie. Wyldowali na maym podwórku koo walcego si garau i Harry po raz pierwszy zobaczy dom Weasleyów.

Wyglda, jakby kiedy by duym kamiennym chle­wem, do którego tu i tam dobudowano dodatkowe pomie­szczenia, a urós na kilka piter i tak si przechyli, e przed zawaleniem musiay go chyba chroni czary. Z czerwonego dachu wyrastay cztery albo i pi kominów. Na kolawej tabliczce tu przy wejciu widnia napis: NORA. Wokó drzwi lea stos gumowych butów i bardzo zardzewiay kocio. Po podwórku wasao si kilkanacie brzowych kurczaków.

- Nic specjalnego - bkn Ron.

- Jest wspaniay! - zawoa Harry, wspominajc Privet Drive.

Wysiedli z samochodu.

- No dobra, idziemy na gór, tylko po cichu - po­wiedzia Fred - i czekamy, a mama zawoa nas na nia­danie. Wtedy ty, Ron, zbiegniesz na dó i zawoasz: „Mamo, zobacz, kto tu si w nocy zjawi!”, a ona ucieszy si na widok Harry’ego i nikt si nie dowie, e bralimy auto.

- Dobra - zgodzi si Ron. - Chod, Harry, ja pi na...

Ron pozielenia na twarzy, utkwiwszy wzrok w domu. Wszyscy odwrócili si w tamt stron.

Przez podwórko kroczya pani Weasley, a kurczaki umy­kay spod jej stóp. Zadziwiajce, jak ta niska, pulchna, o miej twarzy kobieta moga w tej chwili tak bardzo przy­pomina tygrysa szablastego.

- Ach... - westchn Fred.

- A niech to szlag - powiedzia George.

Pani Weasley zatrzymaa si przed nimi, wspara rce na biodrach i przyjrzaa si po kolei ich twarzom. Miaa na sobie szlafrok w kwiatki; z jednej kieszeni wystawaa ródka.

- No tak - powiedziaa.

- Dzie dobry, mamo - rzek George tonem, który tylko jemu wydawa si beztroski.

- Czy wy w ogóle macie pojcie, jak ja si o was martwiam? - zapytaa pani Weasley gronym szeptem.

- Przepraszamy, mamo, ale... zrozum... musielimy... Wszyscy trzej synowie pani Weasley byli od niej wysi, ale teraz skulili si tak, e patrzya na nich z góry.